poniedziałek, 22 sierpnia 2011

**********

moje lenistwo mnie przeraża, ale zaczynam z nim walczyć. pomijając fakt, że nie będe mogła spać już do 10 za niedługo, bo będe miała na 7:10 do szkoły. ale pocieszającym faktem jest taki, że nie będe musiała wstawiać o 5.
zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. troche ich było, troche przybędzie. nie uchronię się przed nimi pod kocem. ale to chyba dobrze, zmiany są dobre.
tymczasem jutro witam ojca na lotnisku, w najbliższym czasie witam również moje kochane świętokrzystkie i kończe wakacje miłym akcentem. kto by powiedział, że tak szybko zlecą. ja napewno nie.


"Wasze zmiany nic nie zmieniają
Wasze zapewnienia nic nie zapewniają
Ja nie wierzę w poprawę sytuacji
Chcę prawdziwych zmian, a nie manipulacji
Potrzebne są zmiany!
Konieczne są zmiany!
Bo jeśli nic się nie zmieni
Może nadejść dzień rebelii
Nie chcę zdychać w ogniu rewolucji
Lecz widzę, że ludzie bliscy są szaleństwa
W przypływie desperacji gotowi zabijać
Krwawe zmiany nie zmienią społeczeństwa
Ewolucja przecież trwa
Wszystko musi ulec zmianie
Świat gnije powoli
Ale systemy się trzymają
Wasze zmiany nic nie zmieniają
Kłamstwa i bzdury to pokarm dla mas
Wasze zapewnienia są gówno warte
Zmiany są konieczne - ocalą nas."     Dezerter - Zmiany

piątek, 19 sierpnia 2011

the end of the line.

rano pies próbuje Cię obudzić, gryząc twoją rękę oraz oblizywać twoją twarz. nawet poranną toaletę możesz sobie odpuścić. czas ubrać się i zrobić coś z włosami, aby wyjść jakoś do ludzi. 10;10, a Ty dalej w rozsypce pomiędzy łazienką, pokojem a kuchnią. za późno rzeczy coś zjeść, żeby się napić - sklepik koło przystanku to dobra rzecz. autobus lini 840, jak zwykle spóźniony parę minut. słońce pali pali, a w słuchawkach głos Jamesa. wchodzisz do zatłoczonego autobusu, stoisz cała drogę, obserwujesz ludzi - to Twoje ulubione zajęcie. lądujesz w Katowicach, przemierzasz ulice, zostajesz obtańczony przez śpiewających Marleya, rozmawiasz chwile z panią z muzycznego, dokonujesz zakupu. siadasz na dworze, jesz i pijesz swoje ulubione rzeczy, w końcu już godzina 11;30 - czas najwyższy na śniadanie. przysłuchujesz się ludzkim rozmową, jedne Cię ciekawią, drugie nie. wstajesz, kupujesz coś zimnego w sklepie i idziesz na przystanek. słońce jeszcze bardziej pali, w końcu wybiła godzina 12. autobus nie przyjechał, woda się skończyła, pot leje się po plecach. idziesz po następną, przyjeżdza autobus, wracasz okrężną drogą, siadasz w miejscu gdzie akurat świeci słońce, głowa już Cię boli, a zapach starszego pana przed Tobą nie pomaga. mówisz Sobie, już niedaleko, pare przystanków. w końcu wysiadasz, odklejasz ubrania od ciała i ruszasz w strone domu. otwierasz drzwi, pies cieszy się na Twój widok... i w końcu siadasz przed monitorem, opisując to co miało dziś miejsce. dziś 19 sierpnia, więc ciesz się końcem wakacji.

nie wiem dlaczego, ale miałam ochote to napisać. może życie nie jest takie jak mi się wydaje, ciągle mnie poucza. więc dobrze - będe żyła, a nie opierała się.

czwartek, 18 sierpnia 2011

seven nation army.

zbieram się już jakiś czas aby cokolwiek tu napisać. a więc, ostatnie dni dają mi wiele do myślenia, wiele sytułacji, które mogłyby się zdarzyć, zdarzyły albo się dzieją. nie wiedziałam czego ja tam naprawde chce. ucze się chcieć czegoś, pragnienie jest ogromne. trzeba zrobić coś ze swoim życiem. otwiera się przede mną nowy rozdział w życiu. nowi ludzie, nowe sytułacje, czysta kartka w życiorysie. tego pragne !
ale zostało jeszcze troche czasu więc naciesze sie głosem roguckiego i zielona herbata.

I'm gonna fight 'em off
A seven nation army couldn't hold me back
They're gonna rip it off
Taking their time right behind my back
And I'm talking to myself at night
Because I can't forget
Back and forth through my mind
Behind a cigarette
And a message coming from my eyes
Says leave it alone

niedziela, 7 sierpnia 2011

rotten apple.

przeszło tydzień jestem już w domu, a dopiero jakąś godzinę temu zgrałam zdjęcia z aparatu.
wróciłam chyba trochę mądrzejsza, pewnie rozmowy, ludzkie doświadczenia, pozwoliły mi spojrzeć na pewne sprawy inaczej. pewnie też to że byłam 1350 km od domu i na 20 dni zapomniałam jak jest normalnie.
rodzinna atmosfera, czyste powietrze, góry, słodycze, których w polsce nie ma, popołudniowe cappucccino z maszyny i pyszne ciasta własnej roboty, dużo clashów, metallicy, alice, the who, pearl jam i jeszcze wiecej rozmów - czułam się tam naprawde dobrze, po mimo tego, że się nie spodziewałam.
zrobiłam parę zdjęć i chce się z nimi podzielić, więc w najbliższych postach, będą zdjęcia z większości atrakcji i miast w których byłam. ale dziś tylko słowa. dlatego mocno pomarańczowy frugo pozdrawia was z mojego biurka ;*